Profesorki, rektorki, marszłkini, premierka?

(I) – Jeśli Ewa Kopacz zostanie premierem, Polska stanie się 15 krajem na świecie, w którym szefem rządu jest kobieta. Czy to oznacza, że polityka się feminizuje?

Tym zajmiemy się za chwilę, a teraz spójrzmy na to trochę językowo.

Język polski jest jeden i zasady, które w nim obowiązują, dotyczą nas wszystkich. Wielu językoznawców stwierdza, że przy tworzeniu żeńskich form powinniśmy używać najczęściej morfemu słowotwórczego ka, czyli np. ministerka, premierka. Brzmi to jednak życzliwie, żartobliwie i nieco deprecjonująco, gdyż jest to cząstka, która na co dzień służy do tworzenia zdrobnień, np. rączka, gałązka, nóżka. Poza tym mało osób wie, że forma ta była stosowana, więc nie byłoby to do końca czytelne. Tymczasem coraz więcej kobiet życzy sobie, by nazwy ich zawodów odmieniać. Nierzadko w sposób tak kuriozalny, jak wymyśliła to pani minister sportu prosząc, by nazywano ją ministrą. Feminizacja to tworzenie czy propagowanie form żeńskich słów, tworzonych od form męskich, jako ich odpowiedników. Wyobraźmy sobie jednak stanowisko ultrafeminizujące, zgodnie z którym musielibyśmy jako podstawowe przyjąć formy żeńskie, a męskie tworzylibyśmy od nich na okoliczność konkretnych słów czy sytuacji!

Zgrabnie powróćmy do tematu.

Polityka nie tyle się feminizuje, co normalizuje. Udział kobiet w społeczeństwie jest równy, a nawet minimalnie większy niż mężczyzn, więc każde ograniczenie nadreprezentacji mężczyzn w polityce na rzecz kobiet jest czymś naturalnym i pożądanym. Polska polityka przez dekady była – i nadal jest – zdominowana przez mężczyzn.  Dobrze byłoby lekko ją sfeminizować. Pytanie tylko, jaka jest najlepsza droga do zwiększania udziału kobiet w polityce – stosowanie rozwiązań systemowych, jak parytety i suwaki na listach wyborczych, czy spokojne czekanie, aż demokracja dojrzeje na tyle, by udział płci pięknej w polityce zwiększył się naturalnie. Zdania są podzielone.

Wiadomo – bo kobieta. A kobieta humory miewa i nie wiadomo, co jej strzeli do głowy.

Od 1992 roku zmniejsza się liczba kobiet i mężczyzn, którzy uważają, że tylko mężczyźni nadają się do polityki. Obecnie 2/3 kobiet nie zgadza się z tym stwierdzeniem. Kobiety coraz  częściej odczuwają istnienie szklanego sufitu. Przykładem jest obsada stanowisk ministerialnych. Nieporównanie częściej znajdziemy kobiety wśród wiceministrów niż ministrów. A zatem ich udziałem stają się stanowiska wymagające wysokich kwalifikacji, ale stanowiska ministrów (decyzyjne) pozostają w rękach mężczyzn. To tu jest zasadniczy problem, który przy tak bardzo partyjnej polityce przełamać mogą wyłącznie zagwarantowane ustawą parytety na listach wyborczych. I to traktowane poważnie, czyli równym prawom na listach towarzyszy jednakowa pomoc w organizowaniu kampanii i takie same jak dla panów pieniądze. Tylko wtedy powstanie masa krytyczna, która pozwoli myśleć o innych zmianach, także o zmianie polityki. I to nie dlatego, że kobiety łagodzą obyczaje, bo czasem je zaostrzają, nie dlatego, że dzięki ich udziałowi polityka stanie się lepsza, bo wiele doświadczeń uczy, że w kobiecym wykonaniu bywa i gorsza, ale po prostu dlatego, aby uczynić zadość sprawie podstawowej – wyrównać szanse. Bez tego protekcjonalizmu, infantylizacji i udawanego pochylania się panów nad problemem pań.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>