Jak to było w zamierzchłych czasach, gdy w domu nie było komputera – cz.I

(S) – Dawno temu przestałam być dzieckiem i czasami bardzo tęsknię za tamtymi latami. Wszystko było zupełnie inne i wierzcie lub nie moi drodzy, ale było dużo piękniejsze od tego dorosłego świata.
Chciałabym Wam zatem trochę opowiedzieć o tym, jak to było w zamierzchłych czasach, gdy w domu nie było komputera, a i program telewizyjny nie był aż tak bogaty jak teraz.

 DRZEWA

Nigdy nie byłam mistrzem wspinaczki. Najwyższe drzewo na jakie się wdrapałam było naszą przydomową jabłonką i udało mi się na nią wejść tylko dlatego, że odważyłam się skorzystać z drabiny. Zazwyczaj bawiliśmy się „na wiśniach”.

Nieopodal rosło kilka starych wiśniowych drzew. To na nich uskutecznialiśmy wspinaczki. Nie były wysokie, ale przy odrobinie chęci zamieniały się w bazy, domki i różne inne dziwaczne miejsca.

Nawet jeśli akurat nie mieliśmy pomysłu na to, czym akurat mogą być to i tak były fajne, bo nie musieliśmy biec do domu, aby zjeść coś pysznego, wystarczyło wyciągnąć rękę i zerwać kilka soczystych owoców.

Oczywiście nie obyło się tutaj bez drobnych obrażeń. Bywało, że ktoś się zaklinował między gałęziami, czy też zawisł głową w dół. Ale tak naprawdę to nie było straszne, zabawne raczej, bo przecież i tak do ziemi było blisko, a nawet gdyby ktoś spadł to znalazł by się na trawie.

Zaraz za wiśniami znajdowała się łąka, na której rosło kilka krzaczków agrestu, a parę kroków dalej wielka dzika róża. Tutaj można było grać w babingtona, siatkówkę (bez siatki), biegać, czy też po prostu opalać się.

Na tej łące często także pasł się stary koń, którego czasami staraliśmy się narysować. Z reguły jednak rzadko do niego podchodziliśmy, aby mógł w spokoju zajadać trawę.

„DZIEWCZYŃSKIE” ZABAWY

W domu, poza mną były jeszcze moje trzy młodsze siostry. Właściwie to przez dłuższy czas dwie, potem „doszła” trzecia. Latem i na ferie zimowe przyjeżdżała także nasza kuzynka. Każdy więc sobie pomyśli, że wszędzie było pełno lalek. Owszem, sporo ich było, ale rzadko bawiłyśmy się nimi tak jak normalnie bawią się dziewczynki. Nasze lalki wiele przeszły. Makabryczne fryzury, a nawet golenie ich na łyso było całkiem naturalne. Wylatywały przez okno, a gdy którejś z nich stała się „poważna” krzywda, na przykład przełamała się na pół, wówczas trzeba było ją ratować. Jak się ratuje połamaną lalę? Cóż, trzeba poświęcić rękę (całą, od dłoni aż po ramię) innej lalki i zastosować ją jako kręgosłup. Potem sklejamy chorą taśmą klejącą.

Oczywiście to nie tak, że psułyśmy wszystkie zabawki. Niektóre lalki były nietykalne. Chociaż wydaje mi się, że to głównie przez to, że niewiele mogłyśmy z nimi zrobić.

Jedną z ważniejszych zabaw w pewnym czasie był sklep. Zrobiłyśmy ladę z pieńków. Można w nim było kupić błotne ciasteczka, kamyczkowe cukierki, wiśnie (takie prawdziwe) i dużo innych wymyślonych produktów. Aby płacić za nasze sprawunki musiałyśmy mieć także pieniążki. Nic prostszego. Miałyśmy banknoty z liści, a monety z kamyczków. Wypełniałyśmy nimi nasze kolorowe portfeliki, które czasami okazywały się mało pojemne i zdarzało się, że pękały w szwach.

Przyrządzanie błotnych potraw także było ciekawym zajęciem. Nawet nie wiecie ile pyszności można upichcić z błota, aż szkoda, że nie dało się ich skosztować.

Jako dziewczynki miałyśmy także wózki dla lalek, no i oczywiście lalkowe bobaski. Ale taki bobas jest nudny, bo nic nie można z nim zrobić. Wózki jednak okazywały się bardzo przydatne. Przede wszystkim były bardzo pojemne, a to ważna cecha, gdy trzeba akurat przewieźć sporo piasku z jednego miejsca na drugie. Z czasem okazało się także, że to dobry środek transportu dla kota, pod warunkiem, że jest on tak grzeczny jak był ten nasz i chce być wożony.

PLASTELINOWE MIASTA

W naszym domu można było wszędzie znaleźć plastelinę. Szczególnie ważna była wtedy, gdy miałyśmy wolne od szkoły. Z niej tworzyłyśmy całe światy. Tutaj jednak również nie obyło się bez pewnych strat. Wiadomo przecież, że każdy dom musi mieć odpowiednią podstawę. Kartki, nawet tekturowe zupełnie się do tego nie nadawały. Musiałyśmy znaleźć coś twardszego. Po krótkich poszukiwaniach okazało się, że idealne do tego celu są płyty winylowe. Był one wprost stworzone by stać się podstawą do plastelinowych domków, ogrodów, zagród, sadów, czy też po prostu do wałkowania plasteliny na ludziki, zwierzątka i różne inne potworki. Tak naprawdę dopiero jako ta „dorosła” zrozumiałam dlaczego mama się zezłościła o to, że użyłyśmy jej płyt, bo wcześniej uważałam, że powinna była zrozumieć, że to przecież najlepsza na świecie podkładka i nie można było użyć czegoś innego.

Nad tworzeniem plastelinowych krain spędzałyśmy długie godziny. Nasze plastelinowe ludziki odwiedzały się nawzajem. Miały piękne mieszkanka i bogate garderoby. Każdy z nich posiadał psa i kota, a także i inne zwierzątka.

Z reguły jednak przygody z plastelinowym światem kończyły się wraz z nastaniem roku szkolnego, a potem powstawał on na nowo.

„DOMEK”

To nie był taki prawdziwy dom, ale dla nas było to jedno z najważniejszych miejsc. Powstało chyba po to, żebyśmy nie plątały się wszystkim pod nogami.

Obok naszego domu stała taka zagródka. Jedno z pomieszczeń w niej tata pomalował, wstawił małe okienko, a kuzynka okleiła różnymi plakatami. Później my je urządziłyśmy. Zrobiłyśmy stół ze starej dużej skrzynki i pieńka, który stał na podwórku. Z innych skrzynek i wielkich kawałków pianki (którą „znalazłyśmy” u wujka w „warsztacie”) zrobiłyśmy miejsca do siedzenia. Również ze skrzynek zrobiłyśmy regały. Potem tylko mała zasłonka na okno i „domek” był gotowy. Tutaj spędzałyśmy bardzo dużo czasu. Lepiłyśmy nasze plastelinowe światy, czytałyśmy książki i opowiadałyśmy straszne historie. Czasami tak po prostu tam siedziałyśmy.

Zazwyczaj panował tam straszny bałagan, ponieważ trzymałyśmy tu wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy, a i te mniej potrzebne też. Ale były dni „wielkich porządków”. Wtedy wyrzucałyśmy wszystko na zewnątrz. Zamiatałyśmy podłogę i na nowo ustawiałyśmy nasze „meble nie meble”. Za każdym razem coś zmieniałyśmy, inaczej układałyśmy, więc co jakiś czas nasz „domek”się odmieniał.

Do tej pory uważam, że było to najfajniejsze miejsce na ziemi. Jedynym jego mankamentem było to, że kiedy nadchodziła zima nie dało się w nim siedzieć zbyt długo, ponieważ było tam strasznie zimno, czasami gorzej niż na dworze. Poza tym dorośli również wtedy korzystali z tego miejsca, a właściwie wrzucali tam wszystko to co nie mogło wtedy stać na zewnątrz lub w domu. Z czasem też przejęli nasz „domek” na zawsze i zrobili z niego taki jakby składzik. A i my już byłyśmy zbyt „dorosłe”, żeby sobie zawracać głowę starym miejscem zabaw.

C.D.N

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Jak to było w zamierzchłych czasach, gdy w domu nie było komputera – cz.I

  1. ~SiostruniaAgunia pisze:

    Na wiśniach było super. Ja jeszcze chodziłam na beczkę do sadu, póki nie znalazłam gniazda żmij… A kot w wózeczku sam chciał być wożony! Czekam na drugą część :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>