O książkach słów kilka, czyli dlaczego nie zrobię trzeciego podejścia do „Pięćdziesięciu twarzy Greya”

(S) – Tym postem nie przysporzę sobie z pewnością przyjaciół, ale nie mogę się powstrzymać. Nie, nie będzie tu nic o polityce, czy religii, raczej o książkach, konkretnie o jednej, do której robiłam dwa podejścia.

Bardzo lubię czytać i książki wręcz pochłaniam. Staram się również nie sugerować opiniami innych zanim wydam swój osąd. Uważam, że żeby coś skrytykować lub pochwalić trzeba to najpierw poznać. No właśnie. Tak samo było w przypadku książki, o której ostatnimi czasy jest bardzo głośno i nawet film na jej podstawie ma powstać, bo przecież hollywoodzkie molochy filmowe nie przepuszczą takiej okazji. Już ktoś się domyśla do czego piję? Nie? Podpowiem. Podobno to bardzo odważna erotyczna powieść. Miliony kobiet są nią zachwycone, odkrywają dzięki niej na nowo swoją seksualną sferę życia. I tak dalej, i tak dalej. Mówiąc wprost, o „50 twarzach Greya” piszę.

Cóż, sam zamysł na taką książkę nie jest zły, choć ograniczyłabym liczbę obejrzanych przez autorkę filmów porno. No, ale co kto lubi.

Prawdę mówiąc nic, co  zostało tu napisane mnie nie zszokowało, poza głupotą głównej bohaterki. Co innego niż treść nie pozwoliło mi skończyć czytać, a mianowicie styl. Autorka używa infantylnych (moje ostatnio ulubione słowo) sformułowań. Momentami miałam nawet wrażenie, jakbym czytała wyznania jakiejś pensjonarki, która wylewa na papier swoje fantazje z kajdankami w roli głównej.

Nie rozumiem zupełnie szału na punkcie „50 twarzy …”. Znam kilka znacznie lepszych książek od tej. Jeśli jakaś pani ma ochotę poczytać coś, w czym będą opisane brutalne sceny seksu, to ja z czystym sercem polecam całą serię książek Grahama Mastertona, które same w sobie traktują o czymś innym, ale średnio co 50 stron pojawiają się tzw. „sceny erotyczne”. Pójdę dalej, jeśli naprawdę nic Was nie obrzydza to polecam „Igły i grzechy” Eversona. Z kolei dla wielbicielek nieco bardziej romantycznych, bądź wysublimowanych opisów idealne będą, kultowe już „Dzienniki nimfomanki” bądź „Pamiętniki Fanny Hill”.

Z drugiej strony, naprawdę cieszę się, że ktoś w ogóle coś czyta. Może faktycznie się czepiam, sama w końcu jestem fanką „Władcy Pierścieni”. Cóż, są gusta i guściki.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „O książkach słów kilka, czyli dlaczego nie zrobię trzeciego podejścia do „Pięćdziesięciu twarzy Greya”

  1. ~Kaśka pisze:

    :) no w sumie nie czytałam jeszcze tej książki, nie ma jej u nas, ale widziałam jak markety się na nią rzuciły i była dostępna nawet w biedronce :) Jeśli nie mogłaś doczytać „50 twarzy…” to może sięgnij po „Nowe oblicze Greya” albo jego ciemniejszą stronę :P

    A co do Mastertona to faktycznie facet ma polot :), a po „Igłach i grzechach” miałam obrzydzenie, ale co kto lubi :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>